Poland Mongolia Trans-Siberian Expedition 2014

wyruszamy!

Zaczęło się od luźnych przemyśleń powoli precyzowanych podczas wspólnych spotkań moich, Pawła i Jacka - Jacka Danielsa oczywiście. Śmiem twierdzić nawet, że to jego pojemna półlitrowa osobowość wpadła na ten genialny pomysł, a my jedynie na niego ochoczo przystaliśmy. I w ten sposób zrodził się pomysł na Poland Mongolia Trans-Siberian Expedition – wyjazd, który po pewnym czasie nabrał głębszego sensu: zapadła decyzja o tym, że podczas przejazdu odwiedzimy Polonię na Syberii, dla której przez ostatnie dwa lata zbieraliśmy wspólnie z Fundacją Dziecko i Kultura książki i bajki.

Z czasem, drążąc temat coraz głębiej udało mi się dotrzeć do grona ludzi otwartych na tego typu pomysły i w ten sposób naszą inicjatywę wsparła firma Borga, która przebudowała naszego Nissana na wyprawowego Baltazaara (na cześć czołowego podróżnika z czasów dzieciństwa – Baltazara Gąbki).  Z miesiąca na miesiąc przygotowania postępowały; ujawniali się kolejni Sponsorzy – firmy Prime Rest, Bartex, Motorhouse  w  sposób nieoceniony pomogły w realizacji pomysłu. Dzięki Motostrefie przestaliśmy się martwić o paliwo na czas wyprawy.

Zainteresowanych budową Baltazaara zapraszam na www.pickupem.pl, gdzie znajdziecie historię transformacji Nissana D22 w wyprawową mobilną kawalerkę ;)

Wyprawa ruszyła zgodnie z planem, tj. 2 czerwca 2014r. Przeładowani już na starcie mozolnie zwijaliśmy kilometry: Litwa, Łotwa i… to wszystko. Pierwszy happening odbył się już na granicy Łotewsko-Rosyjskiej; tłumaczenie pogranicznikom, że 500kg  bagażu w postaci części zapasowych, książek dla polonijnych dzieciaków  i prowiant to integralne wyposażenie samochodu trochę zajęło nam czasu (nie wiem na ile to prawda, a na ile próba wyłudzenia – podobno przepisy graniczne zezwalają na wwiezienie wyłącznie 50kg bagażu podręcznego na osobę!) Koniec końców sytuacja zmęczyła obie strony i nastał cichy rozejm; wjechaliśmy do Rosji. Od tej pory Rudolf Diesel mruczał i mruczał i mruczał… Powoli przesuwaliśmy się w kierunku Uralu.

Cena paliwa w Rosji (średnio 2,2zł/l) to najlepszy środek na poprawę humoru; nawet nasz Baltazaar konsumujący ponad 12 litrów ropy nie był w stanie zachwiać budżetem wyprawy. Jazda na trzy zmiany (kierowca prowadzi, dwie osoby śpią) sprawdzało się rewelacyjnie i na wyjątkowo dobrych drogach europejskiej części „imperium rosyjskiego” pokonywaliśmy nawet 1200-1500 km na dobę. Tak wjechaliśmy na Ural.

Coraz wyżej, coraz wolniej, coraz mniej europejsko… Przejeżdżając przez chmury, które zawisły nad pasmem Uralu poczuliśmy, że rozpoczął się kolejny rozdział Poland Mongolia Trans-Siberian Expedition. Im dalej posuwaliśmy się w głąb kontynentu azjatyckiego, tym klimat zaczynał być bardziej ekstremalny; choć w dzień słońce prażyło jak na czerwiec przystało (a może i lepiej), to normą stały się temperatury w nocy oscylujące wokół 5 stopni C.  Słynne syberyjskie komary i meszki również dały o sobie znać, zwłaszcza podczas  skrótów przez Tajgę. Po kilku tysiącach kilometrów asfaltu z przyjemnością odnajdywaliśmy na mapie ścieżki umożliwiające racjonalizatorskie potraktowanie dotychczasowych planów. Pozwalało nam to również zaoszczędzić kolejne setki kilometrów.

Tajga to niesamowite zjawisko;  połacie brzóz i drzew iglastych (nie pytajcie jakich; biologia nie była moją dobrą stroną), szutrowe ścieżki i tony komarów i meszek. Żadnej praktycznie cywilizacji i cisza. Przezornie zapakowane moskitiery okazały się zbawieniem, a komary i meszki w kawie – bezcenne! Klucząc przecinkami natrafiliśmy na prawdziwą Syberię – wsie w głębi lasów, gdzie szutrowe ulice użytkowane były częściej przez szwędające się krowy i kozy niż samochody. Jeśli czasami trafialiśmy na fragmenty asfaltu, to był on w takim stanie, że nawet miejscowi Buchankami (UAZ 452 to synonim azjatyckiej Rosji!)omijali je szerokim łukiem. Warto w tym momencie  wspomnieć o mieszkańcach Syberii. Ci, których widywaliśmy i z którymi rozmawialiśmy to raczej ludzie w podeszłym wieku; spokojni, mili i wyjątkowo uprzejmi. Mimo medialnej nagonki na Rosję w Polsce i na Polaków w rosyjskich mediach nie spotkało nas nic, co nosiłoby znamiona (choćby) nieuprzejmości, a o wrogości nawet nie wspomnę. Ciekawość i życzliwość to reakcja, z którą spotykaliśmy się najczęściej; jest jednak jeden warunek: uśmiech i kultura! (no, znajomość rosyjskiego też się przyda ;)

Dobrym nawykiem przy podróżach w obszary nieco mniej komercyjne niż Tunezja i inne Wyspy Kanaryjskie jest przezornie kontaktować się czasami ze światem. Problem jednak w tym, że wbrew pozorom Google nie wiedzą wszystkiego; najlepszym źródłem wiedzy o ewentualnych kłopotach jest polska placówka dyplomatyczna. W ten właśnie sposób, po rozmowie telefonicznej z Konsulem dowiedzieliśmy się o… największej od 50 lat powodzi, która nawiedziła Syberię. Godzinami jechaliśmy po groblach, w które zamieniły się drogi; ogrom wody trochę przerażał.

Jak tylko przejechaliśmy Nizinę Zachodniosyberyjską, która  zaczęła zmieniać się w podnóża Ałtaju, temperatury po zmroku zaczęły spadać jeszcze bardziej. Kilkaset kilometrów przed Ałtajem Górskim na szczytach gór pojawił się pierwszy w czerwcu… śnieg! Nocą robiło się rześko, ale zabudowa naszego Baltazaara – izolowana, sprawdziła się; czapki, dwa polary i robiło się przyjemnie, a piwo Tri Niedwiedi zawsze było dobrze schłodzone ;)

Do Gornoałtajska, gdzie jechaliśmy z książkami dla polonijnych dzieciaków dotarliśmy w okresie, gdy woda już opadała i widać było skalę zniszczeń – dróg w Ałtaju nie ma zbyt wiele, a każdy zniszczony przez powódź most i zarwana jezdnia to paraliż dla Republiki Ałtaju, a w konsekwencji również dla przygranicznych regionów Mongolii. W kraju rządzonym w sposób niekoniecznie demokratyczny „pospolite ruszenie” nie jest jednak czymś normalnym; infrastruktura powstawała w czasie rzeczywistym.

W Gornoałtajsku spotkaliśmy się z Polonią, której przekazaliśmy kartony książek. Zwiedzanie miasta, meldunek na poczcie (wyjątkowo uciążliwy przepis  nakazujący meldunek co 5 dni roboczych zajmuje sporo czasu. Nam zajęło to prawie 3 godziny). Pożegnanie, wspólne zdjęcia i podpisy na masce Baltazaara (na masce podpisywali się wszyscy, którzy pomogli nam w organizacji wyprawy oraz wsparli nas w jej trakcie. Banalna rzecz, a otwierała nam wszystkie drzwi; sami zaskoczeni byliśmy skalą happeningu i ograniczonymi rozmiarami karoserii. Dość, że wracając przez Rosję policjanci podpisywali się już na słupkach drzwi!).

Czujski Trakt to kolejny etap naszej podróży; to chyba najciekawszy i najbardziej zjawiskowy obszar  przez który przejeżdżaliśmy. Początkowo Syberię traktowaliśmy jako tranzyt do Mongolii. Nie świadomi tego co nas czeka jechaliśmy naprzód. Pewnego dnia w porze śniadania zaczepił nas Buriat. Surgut (bo tak miał na imię) bezinteresownie zaproponował nam przejażdżkę i…. się zaczęło! Naskalne rysunki sprzed kilku tysięcy lat, Czerwone wrota – przesmyk pomiędzy skałami, jezioro rtęciowe i „pierewałki”, których ogromu się nie spodziewaliśmy. We wsi Pazyryk, kilkadziesiąt kilometrów od Czujskiego Traktu odwiedziliśmy kamienne kurhany (w jednym z nich odkryto mumię Lodowej Księżniczki sprzed około 4000 lat). Dzięki Surgutowi udało się nam posmakować lokalnych wyrobów serwowanych przez myśliwych z szałasu – alkohol z serwatką, suszone mięso renifera…

W ramach dygresji, wolnossący diesel nie działa powyżej 3000m n.p.m. „Pieriewałki” (jak nazywał je Surgut) dały nam się w kość; kłęby czarnego dymu i  podjazdy na jedynce to efekt rozrzedzonej atmosfery i mniejszej zawartości tlenu  -  tym samym niewłaściwej mieszanki ropy i powietrza. Zapakowane do granic absurdu Uazy napędzane rachitycznymi silnikami benzynowymi wyprzedzały nas z łatwością; pomimo „saliarki” 80. oktanowej, którą są zazwyczaj tankowane.

Zjazd z Ałtaju i… robi się coraz cieplej. Znikają powoli zaspy śniegu, na drzewach pojawiają się nawet liście ;) Jesteśmy pod granicą Mongolską.

Mongolia to kraj, gdzie czas płynie wolniej. Duuużo wolniej… Przed granicą spędziliśmy około 2 godzin; wiadomo, przerwa obiadowa więc struktura państwowa „nie rabotajet”. Obok nas czekali cierpliwie Niemcy, Francuzi i Holender – wszyscy na enduro oraz kilka mongolskich rodzin. Kwitki, papierki i jesteśmy w Mongolii. Jeszcze tylko w zaadaptowanym na biuro chlewiku wykupujemy ubezpieczenie (nikt tu nie słyszał o zielnej karcie) i jedziemy.  Droga asfaltowa kończy się praktycznie zaraz po… chlewiku! Od teraz szutry, tłuczeń i TARKA (ta właśnie tarka była przyczyną wszystkich usterek; nie wytrzymują jej spawy, mocowania zabudowy mieszkalnej, bagażnik który miał nawet atest TUV;)

Mongolia odurza przestrzenią. Statystyczny Europejczyk nie jest nawet świadom, że horyzont może kończyć się tak daleko, a odległość „stąd do tamtej góry” to nawet 12 godzin drogi. Nie ma punktu odniesienia – drzewa, budynku i wszystko wydaje się być bliżej (podobno w „cywilizowanym” kraju przestrzeń ograniczona jest pierzeją (ulicy, lasu itp.) w odległości około 10-15km. W Mongolii zdarzają się rejony, gdzie przez cały dzień… nie ma nic. Kompletnie nic. Nawet drogi w ujęciu europejskim. Zdarza się, że na fragmentach ciągów komunikacyjnych wykonana została nawierzchnia asfaltowa i to taka, o której nie śniło się niemieckim inżynierom! Pamiętać jednak trzeba, że to jest ciągle Azja, a w Azji logiczne myślenie nie zawsze się sprawdza. Osobiście zdarzyło nam się jechać po wyśmienitym asfalcie; drogo szeroka, równa – żadnej dziury; wykonana na równo ułożonym nasypie z tłucznia. Problem pojawiał się zazwyczaj po kilkunastu kilometrach, kiedy to kończył się asfalt i kończył się również nasyp... Na jednym z takich „urwisk” jeden z równolegle podróżujących motocyklistów stracił przy koziołkowaniu cały sprzęt elektroniczny do nawigacji. Nam udało się w porę wyhamować i skończyło się na niegroźnym wyskoku i bałaganie w kabinie. A gdzie były znaki? W Mongolii znaków nie ma, co nie zmienia faktu, że po aklimatyzacji do lokalnych warunków drogowych ich brak nie jest odczuwany w kategoriach dyskomfortu. Po prostu - kompas, mapa i to wszystko. Zdarzają się(zwłaszcza na szlakach o charakterze krajowym) wyjeżdżone koleiny które zastępują autostrady, a zasada ich użytkowania jest jedna: wybierasz koleiny które uważasz za stosowne i… jedziesz.

Mongolczycy to naród niesamowicie przyjazny. Wynika to zapewne z faktu, że w całej Mongolii (5 razy większej od Polski) mieszka mniej osób, niż w województwie mazowieckim (a większość w stolicy – Ułan Bator). Przy tak małej gęstości zaludnienia każdy na każdym musi polegać. Nam zdarzyła się kilka razy awaria – rozpadł się hamulec w tylnym kole, a po nocnym przejeździe przez Gobi (po wspomnianej wcześniej tarce) puściły spoiny w spawach przedniego orurowania, do spawania kwalifikował się bagażnik dachowy; od pyłu  umarł alternator. Naprawa w drewutni „złotej rączki” to była naprawdę przyjemność - Szybko i sprawnie (przy okazji: wiecie kto jest prezydentem Mongolii? No właśnie… a mongolski mechanik zapytał: „ To u Was było tych dwóch braci, z których jeden miał wypadek? A co u Komorowskiego?)

Przejazd przez Mongolię to przygoda. Niesamowite widoki, nieznane Europejczykowi  przestrzenie i niespotykane u nas zwierzęta. Po pewnym czasie normą stały się podchodzące dzikie wielbłądy  i konie. Jaki przestały nas interesować po tygodniu ;) A tarbagany? Zwierzątka wielkości borsuka i aparycji świnki morskiej – zbyt płochliwe, żeby się z nimi zbratać (i dobrze, bo roznoszą podobno choroby).

Naszą wyprawę wstępnie planowaliśmy poprowadzić tak, aby do Mongolii wjechać od strony północnej drogą prowadzącą od Ulan Ude do Kiachty (przejście graniczne Rosja-Mongolia). Finalnie jednak wjechaliśmy do Mongolii od strony zachodniej (Czujskim Traktem – drogą M52), czyli zaczęliśmy zwiedzanie od najbardziej dzikiej części Mongolii. Taką trasę wybraliśmy świadomie, chcąc szybko odciążyć przeładowany książkami samochód – stąd też Gornoałtajsk odwiedziliśmy na początku, a nie pod koniec wyprawy. W ten właśnie sposób od razu wpadliśmy w objęcia „dzikiego Ałtaju Gobijskiego”, charakteryzującego się brakiem utwardzonych dróg, brakiem osad ludzkich (nie licząc kilku zapomnianych wiosek) i brakiem każdej innej formy infrastruktury (począwszy od sklepów, a na  stacji benzynowych kończąc). Klimat tej części Mongolii jest ekstremalny; ekstremalny na tyle, że nie występuje tu praktycznie żadna roślinność, nie licząc wyschniętych krzaków, saksaułów i kęp traw. Taki krajobraz wynika z faktu, że północno-zachodnia część Mongolii to kraina górzysta i nieurodzajna. Wilgotność jaką odczytywaliśmy na higrometrze zamontowanym  w zabudowie mieszkalnej Baltazaara oscylowała niemal codziennie w okolicy 20%. W czasie burzy (nota bene opady zdążyły wyschnąć zanim  deszcz spadł na ziemię!) wilgotność wzrosła do poziomu 30%; to tłumaczy zapewne księżycowy krajobraz tej części kraju. Im dalej na wschód, tym zaczynało się robić bardziej cywilizowanie (patrz: pojawiały się stacje benzynowe, które zastępowały Kamazy-cysterny, z których tankowało się dotychczas „na drodze”). W części wschodniej klimat robi się nieco łagodniejszy – jest cieplej i wilgotniej co w sposób oczywisty wpływa na faunę i florę Mongolii. Od wjazdu do Mongolii centralnej  towarzyszył nam intensywny i wszechobecny zapach dzikiego czosnku, a przed maską Baltazaara robiło się tłoczno ;) Dwugarbne baktriany, dzikie konie (znane skądinąd jako „konie Przewalskiego”, kozy i kozice… Uff, trzeba było uważać (zwłaszcza na stosunkowo wolne wielbłądy; awaria chłodnicy przy kolizji – murowana).

Począwszy od granicy Mongolii walczyliśmy z tylnym hamulcem; koło grzało się niemiłosiernie, a zapieczone i zdarte do metalu okładziny raz hamowały, a innym razem nie reagowały zupełnie.  Rozbieranie, regulacja i składanie bębna  weszło nam po pewnym czasie w nawyk. W ten sposób przebyliśmy północny fragment pustyni Gobi. Gobi to obszar, gdzie step (i tak ubogi) znika zupełnie. Znikają również koleiny wyznaczające główne szlaki komunikacyjne.  Trzeba się do tego przyzwyczaić; dla Europejczyka taki stan rzeczy może rodzić początkowo pewien dyskomfort. Zakres widnokręgu obejmuje 360 stopni, a jego linii nie zniekształca żadem element będący choćby substytutem cywilizacji. W takich warunkach przejechaliśmy kilka dni, uszczuplając tylko zapasy paliwa i prowiantu. Przestrzegani przez tubylców i własną przezorność wieźliśmy ze sobą w zabudowie 4 zapasowe kanistry oleju napędowego, co dało nam początkową autonomiczność na ponad 1000km. Obowiązywała niepisana (i nawet nie omawiana na naszym skromnym trzyosobowym forum) zasada, że woda przeznaczona jest wyłącznie do picia i gotowania liofilizatów. Ważniejszy niż dyskomfort fizyczny był spokój psychiczny wynikający z faktu, że wody nie zabraknie. A zapachy w samochodzie? Cóż, w tak suchym klimacie nawet pot szybko wysychał ;) Poza tym, tytuł niepisanego zwycięzcy wyprawy zyskały… nawilżane chusteczki dla niemowląt, których używaliśmy do utrzymania higieny. Prawdę mówiąc przed wyjazdem traktowałem taki gadżet w kategoriach „fanaberii”; teraz wiem, że karton chusteczek będzie ze mną jeździł na każdą tego typu wyprawę.

Opisując pustynię Gobi nie można pominąć jednego z bardziej „ekstremalnych” wyczynów jakich się podjęliśmy, choć decyzję podjęliśmy  trochę z nieświadomości. Była nią  nocna jazda przez pustynię. Ludzka wyobraźnia i zmysł percepcji – zwłaszcza europejczyka wyrosłego w pewnych „kanonach cywilizacji” korzysta ze skrótów myślowych:  postrzępione zielone kępy na horyzoncie w oczywisty sposób odbierane są jako drzewa. A ciąg podnoszących pył, niekształtnych elementów? Zwłaszcza w sytuacji, gdy z utęsknieniem wyglądaliśmy jakiegoś szlaku drogowego? No właśnie… okazywał się zazwyczaj kępą uschniętych krzaków. Z resztą te właśnie kępy były najczęściej przyczyną naszych nieporozumień; raz przybierały kształt kamieni, innym razem ruin zabudowań. Bywały też krzaki, które w ostatnim momencie budziły się i uciekały, okazując się… śpiącym stadem wielbłądów. Ekstremum mentalnego nieporozumienia był wysoki na około 3metry gliniany mur do którego dojechaliśmy. Zadowoleni z siebie, wyszliśmy aby lepiej ogarnąć gdzie dokładnie znajduje się brama (wszak o drogę najlepiej dopytać miejscowych!). Mur okazał się tylko kilkudziesięciometrową wydmą, do której mieliśmy jeszcze około godziny drogi, jak się później okazało. Jednogłośnie ustaliliśmy wówczas: Koniec jeżdżenia po pustyni nocą.

Po dwóch dniach (już dziennej wyłącznie jazdy) dotarliśmy do Karakorum (Harhorin), czyli legendarnej stolicy Chana Chanów – Chingis Chana. Znajduje się tu buddyjski klasztor (choć postawiony dużo później), który na pewno wart  jest polecenia. Za klasztorem znaleźć można relikt historycznej stolicy, czyli kamiennego żółwia symbolizującego  wejście do obozu Chingis Chana. I tyle; Mongolczycy nie przywiązują zbytniej wagi do zabytków, a przynajmniej nie w sposób znany statystycznemu turyście z Europy ;). Fakt faktem, że żółw w sferze mentalnej robi naprawdę wrażenie; to autentyczny relikt, który stoi w tym miejscu nieruszony już prawie 1000 lat.  Z resztą na miejscu znaleźć można dużo ciekawych artefaktów; pamiętać jednak należy, że nie wolno ich zabierać – z wielu przyczyn, również prawnych.

Z  grzejącym się bębnem hamulca dotarliśmy do najbardziej chaotycznego i nieprzyjaznego jak do tej pory miasta – Ułan Bator. Stolica to aglomeracja, w której mieszka większa część całej populacji Mongolii; jest to też metropolia kompletnie nie przystosowana do obsługi takiej ilości mieszkańców. Ścisłe centrum miasta to szklane wieżowce i centra handlowe, wielkopłytowe blokowiska znane nam z polskich osiedli lat 70-tych ubiegłego wieku. Na tym jednakj kończą się elementy cywilizacji w naszej kategorii myślenia. Obszary mieszkaniowe wokół centrum Ułan Bator nie posiadają kanalizacji sanitarnej, kanalizacji deszczowej, często również bieżącej wody. Na ulicach w wielu miejscach nie ma nawierzchni utwardzonej, a jeśli jest – to tak dziurawa, że każdy… jeździ poboczem. W celu zabezpieczenia poboczy przed rozjeżdżaniem ich przez samochody ulice obstawione są betonowymi prefabrykatami a czasami ogrodzone siatką. Skutkiem tego samochody parkują  po prostu na ulicy, co w sposób dosłowny paraliżuje miasto. Gery i prowizoryczne lepianki, w których mieszkają biedniejsi mieszkańcy Ułan Bator stawiane są w sposób chaotyczny, bez jakichkolwiek regulacji prawnych.

W centrum Ułan Bator trafiliśmy do serwisu Nissana. Warto wspomnieć, że pomimo bliskości Japonii, zarówno w Mongolii, jak i w Syberyjskiej części Rosji  Nissan jako gatunek motoryzacyjny praktycznie nie występuje. Oba regiony zdominowane są przez Uazy i Toyoty (najczęściej Land Cruisery). I to wszystko; na tym kończy się asortyment mongolskiej motoryzacji (nie licząc samochodów chińskich, ale nazw nie jestem nawet w stanie wymienić). Dość, że serwis przyjął nas i  obsłużył, choć zdziwienie na ich twarzach dostrzegaliśmy nad wyraz długo. Wymieniliśmy okładziny szczęk, wypiliśmy małą kawę, za co odwdzięczyliśmy się oczywiście podpisami na masce; na salonie Nissana pojawiły się polskie naklejki i… w drogę. Opuszczamy niehumanitarne miasto (okazuje się, że nie są to tylko moje odczucia. Według badań socjologów duży odsetek  Mongolczyków również wyprowadza się na step!)

Po wyjeździe z Ułan Bator  skierowaliśmy się w kierunku wschodnim.

 

Bartek Felski

A oto finał naszej akcji ;)

trasa cz.1: Polska-Rosja-Mongolia-Kazachstan


Wyświetl większą mapę

trasa cz.2: Rosja-Łotwa-Litwa-Polska


Wyświetl większą mapę

Zdjęcia z wyprawy można obejrzećw galerii

Free counters!

PATRONI I PARTNERZY "CHALLENGE: ARMENIA"

patronat honorowy wyprawy

ZAPOWIEDZI: