FUERTA - kamperowanie w tempie SLOW

No to zaczynamy. Ci którzy nas znają to wiedzą, że konwencjonalna turystyka kamperowa to nie nasza branża; ba, konwenanse w żadnym aspekcie aktywności nie są dla nas wyznacznikiem społecznych norm. Ci którzy nas nie poznali, po lekturze www.pickupem.pl zrozumieją od razu, że plasujemy się raczej gdzieś na rubieży turystyki głównego nurtu i stronimy od wakacji spod herbu „pępkiem do góry na leżaku”.  Odkrywanie bocznych, niewydeptanych jeszcze ścieżek  to dla nas wyzwanie. Z tego też względu, w ramach zwiększania poziomu insolacji dałem się nakłonić na propozycję Nadii i wspólnie zaczęliśmy zastanawiać się nad wyborem miejsca, w którym choćby na chwilę można by zapomnieć o zimie.

 

- Fuerta?

Brzmiało intrygująco, poza tym, że wszem i wobec Wyspy Kanaryjskie kojarzą się ze zgrają emerytowanych Niemców, kurortami i rozcieńczonymi drinkami serwowanymi w pakiecie  All inclusive. Ale co tam! Może faktycznie Fuertaventura to dobry cel wyjazdu, zwłaszcza, że gdyby przyjąć, że zwiedzanie wyspy można by zrealizować z pokładu kampera…. A gdyby tak – dla podniesienia poprzeczki, tego kampera poskładać samemu…. A do tego, dajmy na to, przywieźć go z Polski w walizce…

- Kampera w walizce? Samolotem?!

- No może nie całego, ale choćby część, to dopiero byłoby coś! – plan rodził się w bólach, ale po kilku tygodniach rozmyślań nadszedł termin rozwiązania. Tak, lecimy na Fertaventura, tam pakujemy się w wypożyczone auto, a zaraz za zakrętem, daleko od podejrzliwego wzroku pracownika wypożyczalni montujemy przywiezione w bagażu podręcznym elementy kampera. W ten właśnie sposób  zwiedzimy Wyspę Przygód! W końcu jedna z hipotez mówi, że nazwa wyspy pochodzi od słów forte i aventure co oznacza „mocną przygodę”. Co więcej, w ten sposób rozpoczniemy kolejny projekt – objechania Zachodniego Wybrzeża Afryki – 13. Longitude Expedition. Ten fragment wyprawy, a co za tym idzie ten artykuł nie powiódł by się bez naszych partnerów którzy czynnie nas wspierali, czyli Towarzystwa Ubezpieczeniowego April-Polska oraz firmy Tagart, produkującej ubrania m.in. na takie przygody jak nasza.

FuertaVentura to część archipelagu Wysp Kanaryjskich i zaliczana do Makaronezji (jakkolwiek spożywczo to brzmi). Pomimo „złej komercyjnej sławy” archipelag ten jest dość zróżnicowany pod względem turystycznym, dzięki czemu każdy znajdzie na wyspach miejsce adekwatne do osobistego poczucia szczęścia i satysfakcji – od Grand Canaria, na której łagodny klimat sprawia, że ilość  hotelowych basenów i leżaków przewyższa populację stałych mieszkańców, poprzez Lanzarottę będącą atrakcją dla nurków i fanów czynnych wulkanów, po właśnie Fuertaventurę – wyspę bodajże najuboższą w faunę, florę i zainwestowaną walutę. Trochę z boku, blisko wybrzeża Sahary Zachodniej (bądź co bądź to raptem 100km od Afryki, co dawało się nam we znaki zwłaszcza w czasie wiatrów) Fuerta jest rajem dla osób stroniących od cywilizacji. To miejsce dla surferów i ludzi lubiących szeroko pojęte „nic na horyzoncie” – życie trochę obok współczesnej społeczności, której wyznacznikiem istnienia jest funkcja upływu czasu i przypływu gadżetów. Trzeba zdać sobie sprawę, że pomimo iż Wyspy Kanaryjskie należą politycznie do Hiszpanii, to ekonomicznie kwestia europejskości jest już mało wyraźnie wyartykułowana. W sferze mentalnej sprawa  jest jeszcze bardziej niejednoznaczna, a wybrana przez nas wyspa wiedzie w tej kwestii prym; Fuertaventura to mentalnie Afryka. I dobrze; o to właśnie nam chodziło, takiego poziomu wrażeń szukaliśmy.

Budujemy kampera

 

Luty to dobry okres aby wybrać się na Fuertę, pod warunkiem, że nie przestraszy Was temperatura oscylująca wokół 20-25 stopni. Wszak to jeszcze zima, choć zima niewątpliwie nie europejska; jak tylko słońce wyjdzie zza chmur, które wiatr potrafi przewiać bardzo skutecznie, temperatura rośnie w tempie geometryczny. Robi się upalnie i wówczas dziękujemy pokornie za wspomniany wiatr. Bo wiać wieje; ciągle, ale to w końcu Fuertaventura – Wyspa Silnych Wiatrów. Stąd też druga z hipotez dotyczących nazwy; Fuerte Viento to nic innego jak „Silne Wiatry”. A Atlantyk? No cóż, ocean jak to ocean – zimny jak zawsze i zawsze wzburzony.

Pięć godzin lotu z Berlina to wystarczający czas na odreagowanie drobnych perturbacji na lotnisku. Nie każdy wszak przewozi w bagażu palnik kuchenki gazowej, prysznice solarne, zbiornik na wodę, przenośny ekspres do kawy,  taśmy naprawcze, tarp, przetwornice i… grilla wraz z rozpałką. No i garść trytytek – jak wiadomo, tego nigdy za wiele J.

Lądujemy zatem w Puerto de Rosario, jedynym lotnisku na wyspie. Tutaj mentalność jest zgoła inna niż niemiecka. Nikt się nami nie interesuje, więc od razu ruszamy do wypożyczalni samochodów, które znajdują się na w hali lotniska. Do wyboru jest kilka, ale już wcześniej „prześwietliliśmy” wszystkie i – jak się okazało słusznie, wybraliśmy CICAR. Polecamy ją z czystym sumieniem; to chyba jedyna, która nie wymaga wpłacenia kaucji za samochód, a do tego oferuje nowe auta w najlepszej (najniższej) cenie. Pamiętajcie jednak, że Fuertaventura to mekka surferów. To dość specyficzne miejsce, a i surferzy to dość intrygujący „gatunek ssaka”. Trochę przyglądaliśmy się ich sposobowi funkcjonowania i prawdę mówiąc pomimo, że i my należymy do „mentalnie sprawnych inaczej” po kilku dniach zrozumiałem obawy pracowników wypożyczalni. Surferzy to nie klasyczni zachodni turyści – na nich „się nie zarobi”, a do niezbyt przejmują się stanem auta, a tym bardziej jak jest to auto z wypożyczalni. Sami widzieliśmy pędzące po skalistych plażach osobówki zapakowane deskami surfingowymi, a w środku gromada zapaleńców… w mokrych piankach. Nie muszę dodawać, że niemal wszystkie z nich obklejone były naklejkami „Rent a Car”.

­- Can I help You Miss?- na początek zapowiadało się dobrze – You need a car?

Rozmowę zaczęliśmy od gabarytów Ducato, lub choćby Transportera, aby po chwili zrozumieć popełniony przez nas strategiczny błąd.

-2 persons In Ducato?! No Miss, no surfers! –właśnie wtedy zrozumieliśmy, że, Fuerta widziana oczami turysty, to idylliczna Ziemia Obiecana dla posiadaczy desek, ale to również ciężki kawałek chleba dla pracowników reanimujących oddawane przez nich samochody. Po prostu, stawka dla surferów jest inna, o ile w ogóle jest. Pamiętajcie również, że w wypożyczalni zapytać Was mogą o miejsce pobytu na wyspie – to kolejny etap weryfikacji, na wypadek gdybyście jako potencjalni surferzy przeszli poziom pierwszy. My, nie będąc na to pytanie przygotowani strzeliliśmy, że zamierzamy zakwaterować się na kempingu. Jak się okazało później, na Fuertaventura nie ma żadnego (!) kempingu; Zatrzymywać się można wszędzie, poza wyznaczonymi rzędem białych betonowych słupków, obszarami chronionych wydm oraz rezerwatami. Fuerta to jeden wielki, opuszczony kemping, gdzie sezon nie kończy się nigdy. Dlatego musicie tu zawitać.

 

Po pół godzinie zostaliśmy posiadaczami Opla Zafiry; może nie jest to kempingowy szczyt marzeń, ale mogło być gorzej. Kątem oka widzieliśmy stojące na parkingu Fiaty 500, a my przylecieliśmy z ekwipunkiem, ale wszak bez namiotu! Tak czy owak, w Zafirze składają się siedzenia  na płasko, a więc ze spaniem problemu nie będzie. Miejsce na sprzęt kuchenny też się znalazł, tak samo jak i na prysznice i dodatkową wodę. Przetwornica i sprzęt elektroniczny powędrował na kokpit. Tekstylia, karimaty, śpiwory i markiza ulokowały się w przestrzeni „sypialnej”. Pierwotny plan zawitania do sklepu budowlanego aby na miejscu stworzyć z płyty OSB namiastkę zabudowy meblowej okazał się zbędny; wszystko zmieściło się w standardowej kompletacji auta. A zatem, jedziemy!

 

Pamiętajcie, że samolotem można przewieźć niemal wszystko, ale nie butlę gazową. Tę należy zorganizować sobie na miejscu. Nie jest to wbrew pozorom łatwe, gdyż nie ma tu rozwiniętej turystyki niskobudżetowej. Nawet pomieszkujący w vanach surferzy często gotują na ognisku, choć drzew jest na wyspie jak na lekarstwo. Na szczęście są w Puerto de Rosario dwa miejsca gdzie można kupić zarówno butle turystyczne, jak i palnik (my mieliśmy swój). Są nimi sklep z akcesoriami metalowymi Ferreteria Saavedra oraz market budowlany Centro de bricalaje. Sprawę komplikuje fakt, że jesteśmy tu poza sezonem; w jednym z nich butle się skończyły, a w drugim…. Kupiliśmy ostatnią na wyspie!

 

CORALEJO, czyli świat outsiderów

 

Zapakowani  ruszamy na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża kierując się na mekkę Surferów – Coralejo. To tutaj, pomiędzy wspomnianym miasteczkiem a Caleta del Barco znajduje się uwielbiane przez nich miejsce – brzeg przy którym można zaczaić się na „wielką falę”. My jednak jedziemy tam w innym celu. Północne wybrzeże wyspy to przede wszystkim odludne czarne, skaliste plaże wulkaniczne uzupełnione białym drobnym piaskiem; to również pustynia znajdująca się w Parque Natural Dunas de Corralejo. Gigantyczne wydmy robią naprawdę wrażenie. Wprawdzie to obszar chroniony i penetrować go autem nie można, ale za to dalej na północ, zjeżdżając z Coralejo szutrową drogą wzdłuż wybrzeża dostać się można na kamienisto żwirowe przedpole wydm. Klimat jak z filmu Madmax, czyli to co lubimy najbardziej. Zjawiskowe widoki sprawiły, że zostaliśmy tutaj na dłużej, urządzając się w opuszczonym tipi na samym skraju wulkanicznego wybrzeża. Dalej na wschód znajduje się wysunięty w głąb fragment białej, wręcz filmowej plaży z Faro del Tostón.

Nota bene to jedno z miejsc gdzie kręcone są często sceny do filmów science-fiction. W tym miejscu w sezonie letnim aż roi się od vanów i kamperów; ich liczba dochodzi podobno do 200 sztuk, choć teraz jesteśmy tu praktycznie sami. Choć taka ilość na stosunkowo małej wyspie mogłaby sugerować rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, to jednak nic bardziej mylnego. Praktycznie na całej wyspie znaleźliśmy tylko kilka miejsc posiadających znamiona przestrzeni zagospodarowanej dla turystyki karawaningowej; po prostu, na Fuercie trzeba być samowystarczalnym.

 

NA POŁUDNIE – Wy macie zegarki, my mamy czas!

 

Zwiedzając Fuertaventurę utwierdziliśmy się w przekonaniu, że brak kempingów w niczym nie przeszkadza w rozwoju mobilnej turystyki; ilość wolnego miejsca i możliwość stawania praktycznie wszędzie powoduje, że podróżuje się tutaj „mobilnym mieszkaniem”   bardzo przyjemnie. My obraliśmy kurs na południe, jadąc bocznymi drogami u podnóża zwietrzałego pasma górskiego. Niemal zawsze towarzyszy nam na horyzoncie jakiś wygasły wulkan, których jest tutaj zatrważająca ilość. Nic dziwnego, że powstała ponad 21 milionów lat temu wyspa pokryta jest niemal w całości pumeksem lawy. To właśnie owe wulkany są sprawcami tych nieziemskich scenerii.

 

Zachodni brzeg wyspy ciągnie się raptem 100 kilometrów, ale w rozsądnym tempie pokonujemy tę odległość dwa dni. Nie dlatego, że warunki nie pozwalają na szybką jazdę. Fuertaventura – pomimo nazwy w tłumaczeniu oznaczającej „mocną przygodę” to tak naprawdę rzeczywistość serwowana w tempie slow. To przestrzeń w której nie ma sensu się spieszyć, to przestrzeń którą należy się delektować w spokoju smakując każdy jej niuans – zwiedzamy zatem bezludne zatoczki i każdą enigmatycznie zapowiadającą się szutrową drogę. Ludzi praktycznie nie widać, poza kilkoma outsiderami z Europy kontynentalnej i zapalonymi surferami. Zważywszy, że przesuwamy się wzdłuż masywu górskiego drogi czasami stają się naprawdę kręte, prowadząc nas w oparach adrenaliny przełęczami i szczytami gór. Z racji faktu, że nasz przyjazd na wyspę to de facto przygotowanie tras turystycznych dla amatorów  spragnionych offroadu, ostro pracujemy na mapach zaznaczając na nich wszystkie ciekawe, lecz nieznane miejsca. Wkrótce tu wrócimy z grupą!  Odcinek między Antiguą a Toro oznaczyliśmy sobie roboczo na mapie indeksem „ostry”; z perspektywy czasu patrząc na mapę wiem, że jeśli to było ostre, to przejazd przez najwyższy szczyt Fuerty w kierunku miejscowości Cofete byłby niczym chilli, ale o tym później…

Podróżowanie po wyspie nie jest rzeczą trudną. Drogi asfaltowe są w stanie dużo lepszym niż niemieckie autostrady, a niemal każde skrzyżowanie jest bezkolizyjne. Problem jest jednak w tym, że dróg pokrytych asfaltem jest raptem… kilka – są nimi główne trasy tranzytowe przez wyspę łączące główne 5 miast z lotniskiem. W kwestii dróg utwardzonych to wszystko, reszta to drogi szutrowe różnej jakości i w różnym stopniu przejezdne. Bywały drogi użytkowane okresowo, tzn. użytkowane do czasu, aż nie zniknęły w trakcie przypływu. Podróżowanie na azymut nie jest rzeczą trudną, zważywszy że Fuertaventura nie należy do dużych wysp, a podłoże w dużej mierze jest pochodzenia mineralnego; to w dużej mierze ubity żwir i wydmy usypane z nawianego saharyjskiego piasku.

Natomiast wspomniane wcześniej drogi górskie… no cóż, to mentalnie Afryka, a zatem nie można się spodziewać aby boczne drogi wykute w litej bazaltowej skale przypominały choćby „norweską drabinę”. Tutaj drogi które na mapie niewinnie esują  pomiędzy grafiką skał, w rzeczywistości pną się czterometrowej szerokości kamienną wstęgą. Nie ma co liczyć na bariery zabezpieczające przed osunięciem auta; nie ma co liczyć na zabezpieczenie przed osuwiskiem kamieni, jak również nie ma co liczyć na autochtonów – kozice górskie, aby ustąpiły przed autem. My jedziemy de facto vanem, ale przy mijaniu z nadjeżdżającym z góry podrdzewiałym Pajero, czujnik odległości dał znać o znajdującej się zbyt blisko prawej strony skalnej ścianie. A Pajero? No cóż, Nadia mi świadkiem – kierowca nie przejął się zupełni i ze znudzoną miną wymanewrował nas po zewnętrznej, prawym kołem do połowy nad urwiskiem! Tak, wtedy właśnie się spociłem… Nie wszystkie drogi są tu dla kamperów, a na pewno nie droga do Cofete i Faro de la Entallada. I nie piszę tego bez powodu, te dwie akurat drogi zaczynają się dość niewinnie u podnóża gór, ale im dalej tym stają się mniej przyjazne autom gabarytów Ducato. Problem w tym, że uświadamiając to sobie jest już za późno – nie ma możliwości zawrócenia, a cofanie po serpentynach jest niewykonalne.

FARO DE JANDIA – tu zakręca ocean

Wyspa ta jest pochodzenia wulkanicznego, o czym nie można zapominać. Nawet jeśli wokół nas rozciąga się bezkres żwirowego klepiska, to jednak bezkres ten usiany jest tysiącami kamieni zastygłej lawy, pomiędzy którymi należy uważnie manewrować. W okolicy La Oliva i Pozo Negro  natrafiliśmy nawet na wietrzejące od tysięcy lat zastygłe kamienne rzeki lawy, które wypływając z wulkanów w kierunku oceanu pokryły ziemię trzy metrowej wysokości językami pumeksu. Nie muszę dodawać, że w takich „okolicznościach przyrody”  i dbając o dobro Zafiry zmuszeni byliśmy zarządzić odwrót. Tymczasem im dalej na południe, tym klimat wulkaniczny ustępuje kamiennej pustyni. Trochę to przypomina krajobraz Islandii, a apogeum, to trasa pomiędzy Morro Jable (uciekaliśmy z tego kurortu szybko – to nie nasz klimat), a Puerto de La Cruz. Warto tu przyjechać, choćby po to, aby powałęsać się po szutrowych ścieżkach rezerwatu, którym wygląda niczym fragment księżycowej krainy. Poza odłamkami lawy nie ma tu nic. Kompletnie nic. Kontemplując krajobraz w tempie  spacerowym docieramy na najdalej wysunięty półwysep Fuerty. W Puerto de la Cruz znajduje się Faro de Jandia – latarnia morska, a punkt ten musi znaleźć się na Waszej marszrucie z indeksem „must see”.  Nie dlatego, że latarnia ta ma jakieś szczególne wartości kulturowe. Latarnia jest tu „całkiem przypadkiem”, a główną rolę w tym miejscu odgrywa Atlantyk. Ogrom oceanu, który z potężną siłą opływa zachodnie i wschodnie wybrzeże wyspy spotyka się właśnie tutaj. Właśnie tutaj, stojąc na zupełnie nagim, obdartym ze wszystkiego co żywe płaskowyżu można obserwować mijające się „na jodełkę” gigantyczne, ośmiometrowe fale napływające raz z lewej, a raz z prawej strony półwyspu; to właśnie tutaj zakręca ocean. Moment zderzenia dwóch oceanicznych bałwanów, trzeba zobaczyć; wówczas nabiera się respektu przed Atlantykiem – nawet surferzy nie wchodzą tu do wody. Na szczęście zarówno i Fuerta jak i ocean są przygotowane na odwiedziny kamperów. Droga pod samą latarnię jest bardzo dobra, a miejsca na postój, jak na całej wyspie – pod dostatkiem. Jest tu również restauracja, choć o sklepach można jedynie pomarzyć (na szczęście!).

COFETE, po drugiej stronie lustra

 

Naładowani energią oceanu i słońca, wszak jesteśmy na samym południu, a tutaj nawet w lutym czuć wpływ Afryki, zatrzymaliśmy się na chwilę na Playa de las Pilas. Czarna plaża z łagodnym dojazdem nad sam brzeg (co nie jest w tutejszym krajobrazie tak oczywiste) oraz huk kotłujących się potężnych fal przyciąga surferów. Na brzegu zawsze stoi kilka leciwych transporterów i koreańskich vanów służących tu jako mobilne kawalerki. Tu życie toczy się w rytmie przypływów; nic poza falą nie definiuje optyki świata. Wystarczy fala. Proste.

Przez kilka godzin leżeliśmy na plaży i podziwialiśmy ludzi, którzy potrafią godzinami lewitować na desce w oczekiwaniu „tej właściwej” fali, po to  aby następnie przez kilka chwil poczuć prędkość pod zamykającą się nad głową oceaniczną falą. Jest w tym coś hipnotyzującego, tym niemniej ilość krzyży powbijanych w skaliste wybrzeże daje do myślenia. Pakujemy się zatem i jedziemy w kierunku Cofete, czyli  de facto jedynej w tym rejonie miejscowości znajdującej się po drugiej stronie gór. Brzmi to dość tajemniczo i faktycznie Cofete to inny świat; znajdziemy się zaraz znajdziemy się „po drugiej stronie lustra”…

Z początku niepozorna droga wije się coraz ostrzej pod górę, a szerokość jezdni zmniejsza się dramatycznie w porywach licząc cztery metry. Nie ma tu żadnej bariery zabezpieczającej przed upadkiem w przepaść. Dosłownie żadnej, a pamiętać należy, że jest to droga dwukierunkowa, a pikanterii dodaje fakt, że trasą tą jeździ publiczny autobus zbudowany na bazie Unimoga. W połowie drogi, przy samym szczycie droga wprowadza nas w gęsty wodny aerozol. Niskie chmury oparły się w tym miejscu o górskie zbocze, a my jesteśmy właśnie w ich środku. Na szczęście testujemy odzież Tagarta, więc warunki pogodowe nas nie martwią, inaczej jest w kwestii trasy. Wypolerowany kołami bazalt robi się mokry i śliski. Zjazd do Cofete jest jak przejście na drugą stronę lustra. Ciemne góry zawężają horyzont, a cieńka linia plaży  zakończona kipielą oceanu sprawia, że czujemy się tu nieswojo. Miejsce wywarło na nas bardzo przygnębiające wrażenie, zwłaszcza że jedyną atrakcją jest tu skrywająca tajemnice willa i opuszczony, zasypywany powoli piaskiem cmentarz. Oczywiście, Google z determinacją twierdzą, że to wspaniałe miejsce; możliwe, ale nie wówczas i nie dla nas. I nawet leżące na wyciągnięcie ręki turkusy nie były w stanie nas przekupić.

Deser

 

Teraz, po przejechaniu wzdłuż i wszerz wyspy oraz po zaglądaniu w każdą zatoczkę i parkując na każdej dostępnej plaży. Nasza mapa pełna jest odręcznych zapisków i szkiców. Mamy już swoich faworytów godnych polecenia fanom Polskiego Karawaningu. Deserem, serwowanym na gorąco jest na pewno Grand Tarajalejo i El Cotillo.

Grand Tarajalejo to małe, zapomniane miasteczko z efektownie wyglądającą czarną plażą i jak na Fuertę nawet dobrą infrastrukturą – jest szutrowy parking w bezpośrednim sąsiedztwie bulwaru i plaży, a w niedalekiej odległości centrum miasteczka z lokalnymi knajpkami i naprawdę dobrym, tanim jedzeniem.

El Cotillo to natomiast zupełne przeciwieństwo; białe plaże jak z filmu Miami Vice przyciągają surferów. Pod tym względem to wymarzone dla nich miejsce. Są tu zarówno wypożyczalnie sprzętu, szkółki ale i ciągnące się po horyzont plaże. Jest i parking na którym nawet w lutym znajdziemy pokaźną ilość kamperów i vanów.

A jeśli już przy deserze jesteśmy, nie zapomnijmy o wisience, którą bez wątpienia jest Risco del Paso. To miejsce bije wszystko na głowę – złote „saharyjskie” wydmy, szerokie puste plaże kuszące zmienną linią odpływów i przypływów, podkreślane wyrazistymi liniami czarnych wulkanicznych skał. Do tego wygodny dojazd dla kamperów, zaciszny parking umożliwiający bezpieczne parkowane nawet dużych zestawów powodował, że codziennie byli tu jacyś sąsiedzi. Ale, jak to na Fuercie, sąsiedzi trochę spoza mainstreamu, trochę outsiderzy, ale przede wszystkim, bardzo SLOW!

Jedyna wypożyczalnia sprzętu to drewniana buda, którą mieszkający w starym Iveco  właściciel zamyka o zmroku. Reszta scenerii to już wyłącznie wydmy, fale i zaparkowane trochę bez składu i ładu leciwe Ducato, które jeśli ruszają się z miejsca, to wyłącznie w „godzinach karmienia”.

Ach, właśnie, zapomnielibyśmy wspomnieć o najważniejszej, choć prozaicznej kwestii - finanse. Jedzenie w lokalnych knajpkach jest tu tak tanie, że nie opłaca się nawet myśleć o angażowaniu się w przygotowywanie posiłków. Tanie jest tu również paliwo, którego cena nie przekracza jednego euro za litr. Wszystko to  w połączeniu z darmowymi drogami, darmowymi miejscami do postoju, niesamowitą scenerią i wszechobecnym deficytem komercji sprawia, że Fuerta może być naprawdę Wielką Przygodą.

 

 

 

 

Chcecie to przeżyć na własnej skórze? Zapraszamy do kontaktu!

Nadia Belkessam

Bartek Felski

czyli info@.pickupem.pl

Free counters!

PATRONI I PARTNERZY "CHALLENGE: ARMENIA"

patronat honorowy wyprawy

ZAPOWIEDZI: